Strona główna felieton Kresa Ostatni adiutant Marszałka Piłsudskiego… mieszkał w małej wiosce koło Niemczy!

Ostatni adiutant Marszałka Piłsudskiego… mieszkał w małej wiosce koło Niemczy!

3
PODZIEL SIĘ

Komendant bardzo słaby – notował 12 maja 1935 roku, o godzinie 18.30 adiutant marszałka – rotmistrz Aleksander Hrynkiewicz. – Krzyk i jęk zmieniony rozdziera mi serce i wdziera się gwałtem swym ostrzem pod czaszkę. Nie ma sposobu i siły, by przed jego natarczywością się osłonić.

Tego samego dnia ostatni adiutant marszałka Józefa Piłsudskiego notuje z głębokim smutkiem: „Komendantowa płacze. Płacz swój stara się ukryć przed córkami i otoczeniem. Atmosfera staje się ciężka. Z nieubłaganą siłą toczy się zła chmura przeznaczenia, zwiększająca mroczny nastrój.”

W CHWALĘCINIE KOŁO NIEMCZY

W maju 1935 roku Aleksander Hrynkiewicz był w Belwederze świadkiem ostatnich dni marszałka Piłsudskiego. To jemu powierzono opiekę nad urną z mózgiem marszałka, którą następnie, 20 maja 1935 roku, przekazał wybitnemu profesorowi Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie – Maksymilianowi Rosemu, w celu przeprowadzenia szczegółowych badań. Nieco ponad dziesięć lat później, po zakończeniu kataklizmu II wojny światowej, los rzucić miał tego zasłużonego oficera – beliniaka, zastępcę dowódcy elitarnego 1. Pułku Szwoleżerów, komendanta warszawskiego Obwodu V Mokotów Armii Krajowej – w zupełnie inny rejon Polski. W dodatku Polski całkowicie już innej.

– Stryj tuż po wojnie, zaraz po ujawnieniu się u pułkownika Rzepeckiego, został wysłany na Dolny Śląsk – wspomina mieszkający w Warszawie Juliusz Grynkiewicz, bratanek oficera, w czasach stalinowskich przez blisko 3 lata więziony przez komunistów. – Myślę, że być może skierowano go tam, żeby go ukryć… I tam objął grupę majątków poniemieckich w Chwalęcinie, gdzie też mieszkał przez kilka lat. Później na pewien czas przeprowadził się do Wilkowa Wielkiego.

Aleksander Hrynkiewicz
Chwalęcin
Dom w Chwalęcinie, w którym mieszkał po wojnie ppłk Aleksander Hrynkiewicz

Świadomość, że ostatni adiutant marszałka Piłsudskiego mieszkał po wojnie na terenie ziemi dzierżoniowskiej jest wśród mieszkańców powiatu właściwie zerowa. Powszechna nie była tu nigdy. Kilka osób nadal go jednak pamięta, choć nie wszyscy, mieszkając nawet w sąsiedztwie, zdawali sobie sprawę, kim był kierownik gospodarstwa w podniemczańskim Chwalęcinie.

– Ja miałem wtedy może 10 lat, ale pamiętam pana Hrynkiewicza dosyć dobrze – wspomina mieszkający od dawna w Dzierżoniowie Józef Kresa. – W Chwalęcinie opowiadano, że był przedwojennym oficerem i wszyscy mówili o nim „pan pułkownik”. Mój tatuś Antoni woził go bardzo często bryczką, wiem, że sporo rozmawiali, ale po tylu latach nie mam pojęcia o czym… Pana pułkownika pamiętam jako człowieka poważnego i bardzo grzecznego. Do każdego, niezależnie, jaką funkcję sprawował, kim był, zwracał się zawsze „proszę pani”, „proszę pana”, zawsze z dużym szacunkiem. Pewnie również dlatego wszyscy w Chwalęcinie też bardzo go szanowali.

Aleksandra Hrynkiewicza i jego żonę Alicję zapamiętała też Czesława Malusi, dzisiaj dzierżoniowianka, ale jako dziecko również mieszkanka Chwalęcina:

– Pamiętam, że miał psa. Pies wabił się chyba Irma. I ta Irma miała szczenięta. Mój brat bardzo chciał dostać jedno ze szczeniąt. Pan pułkownik grzecznie wytłumaczył, że nie może oddać szczeniaka, ponieważ Irma musi się jeszcze nim opiekować. W ogóle pamiętam, że pan Hrynkiewicz bardzo ładnie rozmawiał i z dorosłymi, i z dziećmi. Cierpliwie tłumaczył i wszystkich bardzo poważnie traktował. Moi rodzice zaprosili go – to był rok 1950 – na chrzciny siostry i pamiętam, że był z tego bardzo zadowolony. Pamiętam, że podniósł w trakcie tych chrzcin kieliszek do góry, powiedział kilka zdań, a nawet coś pięknie – tak to zapamiętałam – zaśpiewał. Zapamiętałam go jako spokojnego, kulturalnego i bardzo dobrego człowieka. Kiedy wyprowadził się z Chwalęcina do Wilkowa, to przez pewien czas zanosiłam im tam każdą korespondencję, jaka przychodziła do Chwalęcina. Pamiętam, że pani Lusia zawsze częstowała mnie wtedy jakimś ciastem…

Pochodzący ze wschodnich Kresów przedwojennej Polski inżynier Bolesław Markiewicz, do dzisiaj mieszka w Niemczy. Po wojnie nakazem pracy skierowany został do zespołu Państwowych Gospodarstw Rolnych w tym mieście. Wkrótce został dyrektorem kombinatu. To jemu podporządkowane było między innymi gospodarstwo w Chwalęcinie:

Oczywiście, że przypominam sobie postać pana pułkownika. To był człowiek grzeczny i – tak mi się wydaje – bardzo skryty. Później mówiono, że przed wojną był adiutantem marszałka Piłsudskiego. O ile pamiętam, to był myśliwym. W Chwalęcinie mieszkał w tak zwanym pałacyku. Pamiętam też, że jako kierownik majątku w Chwalęcinie dobierał tam sobie ludzi do współpracy. Pierwszego do pomocy chyba Antoniego Kresę – to był taki porządny i zacny człowiek, a do tego pracowity i spokojny. Woził pułkownika bryczką, którą oddałem panu Hrynkiewiczowi do dyspozycji. Pomagał też w różnych innych sprawach. W ogóle wydaje mi się, że Kresowie przez te kilka lat pomagali wtedy państwu Hrynkiewiczom w codziennych domowych zajęciach.

HRYNKIEWICZ – BELINIAK, KTÓRY ZDOBYWAŁ WILNO

Aleksander Hrynkiewicz urodził się w Warszawie 14 stycznia 1896 roku jako syn Władysława Grynkiewicza (do oryginalnego rodowego nazwiska „Hrynkiewicz” wrócił w roku 1935) oraz Julii z domu Chmielewskiej. Był najstarszym z sześciorga rodzeństwa. Miał dwóch braci: Władysława (w roku 1920 walczył w piechocie przeciw bolszewikom pod Warszawą) i Juliana (ułana 7. pułku ułanów, odznaczonego za wojnę z bolszewikami Krzyżem Walecznych). Miał też trzy siostry – Hannę, Czesławę oraz Irenę.

Bardzo szybko zaangażował się w działalność patriotyczną i niepodległościową. W roku 1910 wstąpił do nielegalnego w zaborze rosyjskim Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, a dwa lata później został członkiem Związku Strzeleckiego. Jako 19-letni młodzieniec, w roku 1915, został na Mokotowie komendantem sekcji w utworzonej rok wcześniej z inicjatywy Józefa Piłsudskiego tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej.

W lutym 1917 roku został przyjęty do elitarnego już wtedy 1. Pułku Ułanów Legionów Polskich, stworzonego i dowodzonego przez legendarnego majora Władysława Belinę-Prażmowskiego. Znaleźć się w gronie sławnych beliniaków było nie lada wyróżnieniem.

Po kryzysie przysięgowym, kiedy wraz z innymi legionistami odmówił złożenia przysięgi na wierność cesarzowi Niemiec, został w lipcu 1917 roku internowany w Szczypiornie. Prawdopodobnie w grudniu zdołał uciec z obozu i powrócić do działalności w POW. Niedługo trwał rozbrat młodego beliniaka z mundurem. Wkrótce po tym jak Polska odzyskała niepodległość, wstąpił w grudniu 1918 roku do Wojska Polskiego. Znalazł się w szeregach – kontynuującego tradycje 1. Pułku Ułanów Legionów Polskich – 1. Pułku Szwoleżerów im. Józefa Piłsudskiego (nazwę tę jednostka formalnie nosiła od stycznia 1919 roku). Z pułkiem związany miał być aż do końca jego istnienia.

A. Hrynkiewicz przed orkiestrą 1. Pułku Szwoleżerów
Naramienniki rotmistrza Hrynkiewicza z munduru, w którym w Krakowie uczestniczył w ceremonii pogrzebowej Marszałka Piłsudskiego

Już w styczniu 1919 roku 1. Pułk Szwoleżerów toczył walki z Ukraińcami, zdobywając 28 stycznia, w efekcie brawurowej szarży, Krystynopol. W kwietniu 1919 roku pułk, dowodzony wówczas przez majora Gustawa Orlicz-Dreszera, koleją przetransportowany został z Warszawy do rejonu koncentracji samodzielnej grupy kawalerii pułkownika Beliny- Prażmowskiego. Po defiladzie przed Naczelnym Wodzem, a następnie po wyczerpującym marszu, 19 kwietnia pułk wraz z 11. Pułkiem Ułanów, przy późniejszym wsparciu piechoty dowodzonej przez generała Edwarda Śmigłego-Rydza, zdobył Wilno, wypierając z tego miasta bolszewików! Zwycięska wyprawa wileńska była jedną z najważniejszych polskich operacji w pierwszych etapach wojny z czerwoną Rosją. Po zdobyciu miasta zorganizowano tam defiladę oraz dziękczynne uroczystości w Ostrej Bramie. Atmosferę, jaka wówczas panowała przed cudownym obrazem tak opisał naoczny świadek, Tadeusz Święcicki:

„Wielki szloch tego tłumu, klęczącego na ulicy. Spojrzałem na Komendanta. Stał twarzą zwrócony do obrazu, oparty na szabli, nasrożony i… spod nasrożonych brwi ciężka łza spływała mu na wąsy. Śmigły za nim miał jakiś nerwowy tick na twarzy. Twarz drgała i też łzy ciekły mu po twarzy. A Belina beczał po prostu jak smarkacz…”

Kiedy po latach, w lutym 1935 roku, marszałek Józef Piłsudski zada rotmistrzowi Hrynkiewiczowi pytanie, czy ten zna Wilno, oficer z satysfakcją będzie mógł powiedzieć:

„Odpowiedziałem, że znam. Poznałem miasto w czasie wojny, w roku 1919, kiedy to mój 1-szy pułk szwoleżerów zdobywał miasto. Dodałem, że należę do tych szczęśliwców, którzy pierwsi wkroczyli w bramy miasta. Byłem tym patrolem, który jako czołowy 3-go szwadronu dotarł o świcie dnia 19-go do Ostrej Bramy, konno. Z nacierającym pieszo szwadronem zapoznałem się z ulicą Wielką i Placem Katedralnym, a dnia następnego z Cielętnikiem pod Górą Zamkową i ulicą Świętojerską i pobrzeżami Wilii oraz mostem Zielonym i Nadbrzeżną.”

Rotmistrz nie dodał jednak, przypominając tamten pamiętny dzień marszałkowi, że 19 kwietnia 1919 roku w walkach z bolszewikami został ranny.

„JEST PAN NASZ” CZYLI PRZY MARSZAŁKU W BELWEDERZE

Młody szwoleżer w trakcie wojny polsko-bolszewickiej awansował na dowódcę plutonu. Lista starszeństwa oficerów zawodowych z roku 1922 zawiera jego nazwisko w zestawieniu poruczników ze starszeństwem z 1 czerwca 1919 roku. Za męstwo w boju, dekretem Wodza Naczelnego z 30 czerwca 1921 roku, odznaczono go Orderem Virtuti Militari V klasy. Został też trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych!

Po zwycięskiej wojnie Aleksander Hrynkiewicz pozostał w wojsku. Ukończył Centralną Szkołę Jazdy w Grudziądzu, a od listopada 1927 do czerwca 1928 roku – w czasie, gdy dowódcą pułku był słynny (wówczas jeszcze pułkownik) Bolesław Wieniawa-Długoszowski – zaliczył kurs doskonalący dla dowódców szwadronów w Centrum Wyszkolenia Kawalerii. W tym samym 1928 roku awansował na stopień rotmistrza, a w kolejnym roku został w 1. Pułku Szwoleżerów dowódcą 3 szwadronu. Od maja 1932 roku pełnił natomiast funkcję oficera mobilizacyjnego pułku. Wspomniany wcześniej Bolesław Wieniawa-Długoszowski okazał się w życiu Aleksandra Hrynkiewicza postacią bardzo istotną. Nie tylko z racji wspólnych przeżyć wojennych, czy też faktu, że był jego dowódcą, ale dlatego, że to właśnie Wieniawa obdarzył oficera dużym zaufaniem rekomendując go jako kandydata na adiutanta ministra spraw wojskowych, marszałka Józefa Piłsudskiego. Tak rotmistrz Hrynkiewicz (dzień po swoich 39 urodzinach) wspominał ten moment w swoim „Dzienniku” pod datą 15 stycznia 1935 roku:

„Na skutek telefonicznego wezwania mnie przez ppłk. Butlera (powinno być Buslera – przyp. autora), przybyłem z krótkich wywczasów w Zakopanem do Warszawy, by objąć służbę przy Komendancie, jako adiutant przy Jego Osobie. Rankiem dnia tego o godz. 8-ei przyjechałem do Belwederu, gdzie przywitał mnie ppłk Butler wraz z kpt. Pacholskim…”

Służba przy marszałku była dla rotmistrza Hrynkiewicza bez wątpienia wielkim wyróżnieniem i – gdy czyta się jego „Dziennik adiutanta marszałka Józefa Piłsudskiego” – bez wątpienia tak ją traktował. Była też jednak ogromnym wyzwaniem. Marszałek coraz mocniej podupadał na zdrowiu. Służba przy nim, ale też czasami wręcz pielęgniarska opieka nad nim, okazać się miał dla rotmistrza prawdziwym, niełatwym egzaminem. 19 kwietnia 1935 roku, w rocznicę zdobycia Wilna, oficer mierzył się z chorobą i słabością swojego wodza, dla którego 16 lat wcześniej zdobywał jego ukochane miasto. Tak zanotował to w swoim „Dzienniku”:

„Gdy tak szliśmy, noga za nogą, Komendant dziękował mi za przeprowadzenie zabiegów z dodatnim skutkiem. W mowie i zdaniach wypowiedzianych pod moim adresem było dużo ciepła i nuty wdzięczności.”

Aleksander Hrynkiewicz z rodzicami i rodzeństwem

Podobnych momentów satysfakcji było więcej. Dwa dni później rotmistrz notował między innymi:

„ Sen trwający 1 i pół godziny pokrzepił Komendanta znacznie, skutkiem czego stał się rozmowniejszy. Opowiadał Komendant wiele i stawiał mi z różnych dziedzin zapytania. Między innymi zadał mi Komendant pytanie, czy jestem „nasz”, to miało znaczyć, czy pochodzę z kresów litewskich. Odrzekłem, że raczej pochodzenia białorusińskiego, na co wskazuje moje nazwisko(*uwagi). „To jest wszystko jedno” – przeciął Komendant moje wywody, dodając z naciskiem – „jest pan nasz”. Wszystkim, którzy podchodzili do Komendanta, pani Marszałkowej, p. Wandeczce i Jagodzie niezwłocznie o tym mówił (…) Musiałem tłumaczyć, dlaczego akcent mam inny niż kresowiacy i bez śpiewności w mowie. Przyrzekł Komendant, po rozważeniu mej wypowiedzi, że główną tego przyczyną było me przebywanie od urodzenia w Królestwie, to że „Mamusia była z Królestwa”.”

OBOK „OPADAJĄCEGO Z SIŁ MOCARZA”

W ciągu kilku miesięcy służby u marszałka miał też rotmistrz okazję obcować z wieloma osobami znanymi z polskiej, ale też światowej sceny politycznej. W Belwederze bywali w tym czasie między innymi: prezydent Ignacy Mościcki, premier Walery Sławek i minister Józef Beck, ale też ministrowie ówczesnych mocarstw: Anthony Eden, Hermann Göering czy Pierre Laval.

Stan zdrowia marszałka Piłsudskiego pogarszał się gwałtownie. 11 maja około południa bardzo słabego już Komendanta odwiedził w Belwederze jeden z jego ulubionych przez lata oficerów, generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski.

Generał, któremu łatwość obcowania z ludźmi i tupet są tak pomocne w życiu – czytamy w „Dzienniku” Aleksandra Hrynkiewicza – na widok Komendanta, tak strasznie źle wyglądającego, stracił kontenans. Na brak tematów ci dwaj ludzie chyba nigdy nie narzekali, a teraz wątku rozmowy nie można było znaleźć. Coś się nie kleiło. Rwało. Sztucznym uśmiechem łatać tych niedopowiedzianych zdań, w takiej sytuacji, się nie dało (…). Generał wyszedł blady, zmieniony i niepewny, milcząc pożegnał się ze mną.

Wszyscy z najbliższego otoczenia Komendanta mieli nadzieję, że ten moment nigdy nie nadejdzie, jednak już dzień później, 12 maja 1935 roku, rotmistrz był świadkiem ostatnich chwil życia marszałka.

„Ksiądz szepcze modlitwy, podają oleje święte (…). Otoczenie klęczy i modli się. Rodzina wpatrzona w oblicze Komendanta z niemym bólem niezupełnie jeszcze świadoma tragedii nadchodzącej chwili. Zbliża się kres życia Komendanta, to widzi się i czuje bez słów i wyjaśnień. Śmierć czai się gdzieś w zakamarkach domostwa, jak gdyby wypełzła z ciemnych zakątków szumiącego parku i coraz śmielej i coraz zuchwalej się zbliża, by wziąć w swe panowanie opadającego z sił mocarza. (…) Minuty ciągną się jedna za drugą, długie jak minione dziesiątki lat brzemienne historią. Odwracam głowę, na tarczy zegara 8.45 (20.45 – przyp. autora), koniec epoki związanej z życiem Wielkiego Człowieka.”

14 maja adiutant zanotował jeszcze jedno poruszające świadectwo tamtego smutnego dla Polski czasu:

„O godzinie 24-tej przybył pan prezydent RP. Złożył hołd zmarłemu marszałkowi i wyrazy serdecznego współczucia pani Marszałkowej i córkom w sposób niewypowiedzianie wzruszający. Czyniąc to wobec Jadwigi, którą po dość długim szukaniu w pokojach prywatnych odnalazłem skuloną na łóżku Komendanta, w ciemnej sypialni, samotnie przeżywającą swój ból, i sprowadziłem do zielonego pokoju przed pana prezydenta, pan prezydent powiedział: „Proszę przyjąć moje głębokie współczucie z powodu śmierci Ojca. Pociesz się dziecko w swoim najcięższym bólu tym, że jesteś córką największego Człowieka, jakiego wydała ziemia Polski i jakiego zna historia Polski na przestrzeni swych dziejów. Wszyscy Go kochali przed śmiercią i czcili Jego wielkość. Po śmierci będą Go czcić, kochać i szanować jeszcze bardziej”.”

Na pogrzebie Marszałka Józefa Piłsudskiego w Krakowie. Foto: Instytut J. Piłsudskiego w Ameryce

W trakcie uroczystości pogrzebowych marszałka Piłsudskiego, jakie 18 maja odbyły się w Krakowie, rotmistrz Hrynkiewicz maszerował bezpośrednio z prawej strony trumny, jako drugi z ośmiosobowej asysty. Szedł w niej między innymi z generałem Wieniawą-Długoszowskim, generałem Stanisławem Rauppertem, pułkownikiem Zygmuntem Wendą i pułkownikiem Witoldem Wathą. Po drugiej stronie trumny maszerowali m.in. późniejszy Szef Sztabu Naczelnego Wodza generał bryg. Wacław Stachiewicz (po wojnie zamieszkał w Montrealu, gdzie zmarł w 1973 roku – przyp. autora), podpułkownik Kazimierz Busler i pułkownik Kazimierz Glabisz.

1939 – NOCNY WYPAD NA NIEMCÓW

Po śmierci marszałka Piłsudskiego i po przeprowadzeniu sekcji, to rotmistrzowi Hrynkiewiczowi powierzono opiekę nad urną z mózgiem Komendanta, który wolą pani marszałkowej Aleksandry Piłsudskiej przekazany miał zostać wileńskim profesorom w celu przeprowadzenia badań naukowych. Do przekazania urny doszło w Belwederze, w obecności świadków, 20 maja 1935 roku.

W czerwcu tego samego roku A. Hrynkiewicz został awansowany do stopnia majora, ze starszeństwem od 1 stycznia. W roku 1936 został kierownikiem Samodzielnego Referatu Personalnego w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych. Tego samego roku uhonorowany też został prestiżową Odznaką Pamiątkową Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych.

W roku 1939 był już zastępcą dowódcy 1. Pułku Szwoleżerów – pułkownika dyplomowanego Janusza Albrechta (późniejszego zastępcy Komendanta Głównego ZWZ). Jako zastępca dowódcy tego pułku wziął udział w walkach kampanii jesiennej 1939 roku. 1. Pułk Szwoleżerów działania wojenne rozpoczął na wschód od pozycji mławskiej, w składzie Mazowieckiej Brygady Kawalerii, tuż nad granicą Prus Wschodnich, w pobliżu miasteczka Chorzele. Po niemieckim ataku 1 września i odepchnięciu polskich oddziałów, szwoleżerowie w nocy z 1 na 2 września przygotowali kontrakcję, która na pewien czas ostudziła zapały Niemców. Ważną rolę odegrał w niej major Hrynkiewicz, który poprowadził nocny wypad na zaskoczonych przeciwników. Tak opisał ten epizod ppor. Józef Kossakowski:

„Wypadem dowodził mjr. Hrynkiewicz i wypad ten był całkowitym zaskoczeniem dla śpiących Niemców. Pozostawiając kuchnie, wozy taborowe oraz inny sprzęt, Niemcy wycofali się w popłochu, ale tylko tak długo aż świt otrzeźwił ich i zorientowali się, że naciera na nich stosunkowo mała siła. Odzyskaliśmy między innymi część naszych rowerów oraz wzięliśmy parę niemieckich motocykli i bez strat wycofaliśmy się na nasze stanowiska. Ten wypad nocny musiał pomieszać szyki Niemcom, gdyż przez cały następny dzień nie wyszło natarcie.”

Po zakończeniu działań wojennych zarówno pułkownik Albrecht (uciekł z niewoli z obozu w Jarosławiu), jak i major Hrynkiewicz znaleźli się w Warszawie. Ten pierwszy w 1940 roku został zastępcą Komendanta Głównego Związku Walki Zbrojnej, natomiast major Hrynkiewicz (przyjął wkrótce pseudonim „Przegonia” *, który również znalazł się w strukturach ZWZ, od roku 1942 był już Komendantem V Obwodu Mokotów Okręgu Warszawa Armii Krajowej. Prawdopodobnie tego samego roku awansowany został na stopień podpułkownika, chociaż bratanek oficera twierdzi, że awans ten miał miejsce wcześniej.

POWSTANIE WARSZAWSKIE – „W KRYTYCZNYM POŁOŻENIU”

W dniu wybuchu Powstania Warszawskiego mokotowska Komenda V Obwodu, a w niej cały sztab ppłk. Hrynkiewicza „Przegoni” (oraz powstańczy szpital) ulokowana została w miejscu, które dla skuteczności działań okazało się szczególnie niefortunne – w wielkim gmachu Państwowego Zakładu Higieny przy ul. Chocimskiej 24. Jak się wkrótce okazało zadania postawione przed powstańcami z Mokotowa zdecydowanie przekraczały ich możliwości. Jak pisał po latach Jerzy Kirchmayer: „Charakterystyką Obwodu Mokotowskiego było stosunkowo największe nasycenie terenu Niemcami. Były to nie tylko większe skupiska wojskowe i SS, ale była to także ludność cywilna niemiecka, która obsadziła nowoczesne domy”.**

Szybko okazało się, że osiągnięcie założonych celów może okazać się niemożliwe. Niemcy odpierali ataki powstańców, pojawiły się olbrzymi kłopoty z łącznością, a Komenda V Obwodu znalazła się w bezpośrednim sąsiedztwie nieprzyjaciela. „Ppłk „Przegonia” i sztab nie otrzymali żadnego meldunku ani od rtm. „Gryfa”, ani od pozostałych dowódców – pisał w swojej książce „Mokotów 1944” Lesław M. Bartelski. – Jedynie koło północy przedarli się na Chocimską dwaj 9-letni chłopcy z IV Rejonu, przekazując wiadomość, że walki ustały i oddziały wycofują się z miasta. (…) Nikt też o niczym dokładnie nie wiedział, nie orientował się w sytuacji, panowało zamieszanie i zupełny brak informacji.”

Po dwóch dniach walk sytuacja na Mokotowie, w terenie stosunkowo rzadko zabudowanym, stawała się beznadziejna. Trzeciego dnia wydawać się mogło, że sztabowi „Przygoni” lada chwila grozi zniszczenie. Już w pierwszych dniach Powstania Niemcy zdążyli wykazać się bezprzykładnym barbarzyństwem. Tak sytuację oceniał – sam uczestniczący w działaniach na Mokotowie – cytowany już Lesław M. Bartelski:

„”Przegonia” był całkowicie odcięty od podległych mu jednostek i znajdował się w niezwykle krytycznym położeniu, wysunięty od godz. „W” na pierwszą linię walki. Wokół płonęły domy, czuć było woń spalenizny i odór rozkładających się ciał. Hitlerowcy krążyli w pobliżu gmachu, nie wkroczyli dotąd do środka, można się było jednak spodziewać, że uczynią to lada dzień.”***

W takiej sytuacji ppłk. „Przegonia” zdecydował o podjęciu próby ewakuacji sztabu. W nocy z 3 na 4 sierpnia 150 powstańców wyruszyło przez zajętą w dużej części przez Niemców dzielnicę na południe, w kierunku podwarszawskich lasów. Tamten przemarsz tak wspominał kapral podchorąży Tadeusz Szurmak ps. „Surma” w swojej relacji dla portalu 1944.pl:

Wymaszerowaliśmy ulicą Kujawską w dół, przez opłotki, przez posesje. Specjalna grupa torowała nam drogę, grupa uzbrojona w nożyce do cięcia między innymi siatek ogrodzeniowych, bo nie maszerowaliśmy ulicami. Wtedy, 4 sierpnia, nie znaliśmy sytuacji na Mokotowie, gdzie Niemcy, a gdzie Polacy. Wiele ataków się nie udało. Powstańcy, tam gdzie mogli, to się pochronili do swoich, zajmowanych przez siebie budynków, domów mieszkalnych, a Niemcy z kolei pozajmowali swoje punkty oporu. Musieliśmy lawirować, nie wiedząc, w jakim terenie się znajdujemy. Dlatego przebijaliśmy się przez prywatne domki i posesje, podwórkami. Najsampierw szła grupa, która robiła wywiad, czy nie ma Niemców. Dopiero grupa i tak dalej. W ten sposób 4 sierpnia dotarliśmy do Dolnego Mokotowa już między ulicą Puławską a Belwederską. Tam spotkaliśmy się z silnym ostrzałem niemieckim. Niemcy nas albo zauważyli, albo wyczuli. W każdym razie oświetlili teren i otworzyli silny ogień. W tej sytuacji nie było szans, żeby przez otwarte pole przebijać się do Kabatów. Pierwszym naszym punktem, jaki sobie wyznaczyliśmy, było osiągnięcie lasku w Kabatach. Tam zresztą gromadziły się różne oddziały, na przykład w naszej powrotnej drodze do Warszawy. Tak że musieliśmy się wycofać tej nocy z powrotem. Przyjęły nas siostry. Na Dolnym Mokotowie jest klasztor chyba sióstr franciszkanek. U sióstr przenocowaliśmy. Byliśmy bardzo gościnnie przyjęci, siostry nas nakarmiły i pochowały. (…) Już wieczorem nastąpiło przegrupowanie. Zmniejszono liczebność naszej kompanii ze stu do około sześćdziesięciu osób, jako że dowództwo wyszło z (słusznego skądinąd) założenia, że mniejszą grupą będzie łatwiej się przebić do lasów przez kordony Niemców. (…) Taką grupą, gdzie każdy miał jakąś broń, wyznaczone zadania, pogrupowani i przegrupowani w nowe plutony po raz drugi wymaszerowaliśmy. Udało się. Też byliśmy ostrzeliwani, ale nie mieliśmy już odwrotu. Przemykaliśmy się rowami z wodą, zamoczeni nieraz po pas. Przebiliśmy się w pierwszym rzucie, w pierwszym skoku do Kabatów.”

Oddział dotarł do zamierzonego celu i w taki sposób najprawdopodobniej zakończył się czynny udział sztabu podpułkownika Hrynkiewicza w Powstaniu. Sam „Przegonia” – co po latach sugerował Lesław Bartelski – był sceptyczny, co do zasadności rozpoczynania Powstania i nie miał najprawdopodobniej przekonania do przygotowanego planu walki. Czy wpływ na domniemane wątpliwości „Przegoni” co do sensu rozpoczynania Powstania w tamtym czasie miała bardzo krytyczna opinia w tej sprawie choćby Naczelnego Wodza, generała Kazimierza Sosnkowskiego, przed laty najbliższego współpracownika marszałka Piłsudskiego? Być może…

18 sierpnia 1944 roku podpułkownik przestał formalnie pełnić funkcję dowódcy V Obwodu Mokotów. Z niektórych relacji wynika jednak, że po wyjściu z Warszawy utrzymywał kontakt m.in. z Grupą AK Kampinos, operującą na terenie Puszczy Kampinoskiej.

Stryj był w Powstaniu 3-4 dni, trochę tak wystawiony ze swoim sztabem na „rozwałkę” – wspomina bratanek „Przegoni”, Juliusz Grynkiewicz. – O ile pamiętam zamieszkał, chyba miał taką bazę wypadową, tak to nazwijmy – w Żabiej Woli. Stamtąd przyjeżdżał do nas, zatrzymywał się u nas w Komorowie, pamiętam w ogrodzie koń się pasł, linijka stała… Z Żabiej Woli do nas było około 15-20 kilometrów. To na konia i linijkę nie jest taka daleka podróż. Potem wiem, że via Milanówek i Leszno jechał tam do Kampinosu. Jakie były jego losy, jaka funkcja tam w Kampinosie, tego niestety nie wiem.

DOLNY ŚLĄSK, ŻOLIBORZ, KANADA

Wkrótce po zakończeniu wojny ppłk Hrynkiewicz ujawnił się i szybko został skierowany z Warszawy na Ziemie Odzyskane. Na tych terenach pojawiało się wtedy bardzo wielu ludzi, dla których konfrontacja z nową, instalującą się w zrujnowanej stolicy, władzą mogła być bardzo niebezpieczna. Na Dolnym Śląsku zamieszkał blisko granicy, w maleńkiej podniemczańskiej wiosce Chwalęcin, w powiecie dzierżoniowskim. Mniej więcej w tym samym czasie trafił w te strony (do Dzierżoniowa) także podpułkownik Walerian Tewzadze – gruziński oficer kontraktowy, dowódca północnego odcinka obrony Warszawy z 1939 roku, zastępca dowódcy 7 Dywizji Piechoty AK.

Choć potwierdzenia tego faktu trudno doszukać się w archiwum miasta i gminy Niemcza, Aleksander Hrynkiewicz z pewnością zamieszkał w Chwalęcinie albo już jesienią 1945 roku, albo też najpóźniej w roku 1946. Zamieszkał tu w budynku tak zwanego pałacyku. Został kierownikiem miejscowego gospodarstwa rolnego. W roku 1916, tuż przed wstąpieniem do 1 Pułku Ułanów Legionów Polskich, uczył się w Wyższej Szkole Ogrodniczej, co z pewnością w nowej pracy okazało się dla niego bardzo przydatne i co zapewne było powodem skierowania go akurat tutaj.

Ja tam byłem pierwszy raz, kiedy z ciotką Reną, najmłodszą zresztą, pojechaliśmy z Warszawy taką kombinowaną komunikacją, amerykańską komandorką wojskową, przez Wrocław – przypomina sobie bratanek Aleksandra Hrynkiewicza. – Dojechaliśmy tam do stryja i przez pewien czas tam pobyliśmy. Potem byłem też z 1946 roku na 1947 w sylwestra i to w towarzystwie dwóch moich kolegów harcerzy z Komorowa. Pamiętam, że jechaliśmy okrężną drogą, przez Bystrzycę Kłodzką, do Niemczy i trasą na Wrocław wysiedliśmy w Wilkowie Wielkim i na piechotę z plecakami na grzebiecie przyszliśmy do „pałacyku” w Chwalęcinie.

Prawdopodobnie na początku lat pięćdziesiątych A. Hrynkiewicz z żoną przeprowadzili się do pobliskiego Wilkowa Wielkiego. Po kilku latach zdecydowali się wrócić do Warszawy. „O ile pamiętam, to były już czasy Gomułki. Stryj zatrzymał się wtedy na Żoliborzu u ciotki Reny.”

Prawdopodobnie co najmniej po kilku kolejnych latach państwo Hrynkiewiczowie postanowili podjąć próbę wyjazdu z Polski. Z pomocą bliskich udało im się załatwić wszystkie formalności. Był koniec lat 60. lub początek 70., kiedy odpłynęli do Kanady. Najpierw zamieszkali w Toronto, by docelowo trafić do Montrealu (mieszkał tam między innymi generał Wacław Stachiewicz). Po pewnym czasie najmłodsza siostra podpułkownika, Irena, starała się przekonać brata do powrotu, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło.

Z Kanady stryj przysyłał od czasu do czasu listy – mówi Juliusz Grynkiewicz. – I dwa razy przyjeżdżali, między innymi, żeby likwidować tutaj różne swoje sprawy. Stryj, jak wielu byłych polskich żołnierzy i oficerów, pracował tam fizycznie. W Kanadzie został ogrodnikiem, co pozwalało tam na całkiem godne życie.

Ostatni adiutant marszałka Piłsudskiego został w roku 1979 jednym z pierwszych fundatorów Polskiej Fundacji Społeczno-Kulturalnej w Quebecu. Wpłacił na ten cel 1000 dolarów kanadyjskich i na liście fundatorów został zapisany pod numerem 19. Prawdopodobnie założył tam również klub jeździecki.

Zmarł w wieku 85 lat, 15 czerwca 1981 roku, w Montrealu. Tam też został pochowany. Staraniem rodziny na warszawskich Powązkach wzniesiono symboliczny nagrobek podpułkownika Hrynkiewicza.

Wiele lat temu nagrobek postawiła ciotka – mówi bratanek ppłk. Hrynkiewicza. – Myśmy dwa lata temu zrobili jego całkowitą przebudowę. Zrobiłem szkicowy projekt, zatwierdzili mi go w komitecie ochrony Powązek i wywalczyłem wreszcie z proboszczem, że tak będzie, a nie tak, jakby on sobie życzył. Dostosowałem się tylko do materiału, jaki mi narzucili, bo zaraz przy Alei Zasłużonych w tym okresie robiono tylko z piaskowca. Więc i nagrobek stryja jest z piaskowca.

DALEKO OD DOMU

Podpułkownik Aleksander Hrynkiewicz zmarł z dala od Ojczyzny. Pochowano go w Kanadzie. W Stanach Zjednoczonych zdeponowany jest jego „Dziennik adiutanta marszałka Józefa Piłsudskiego”, który siedem lat po śmierci oficera wydany został we Francji, w „Zeszytach historycznych” paryskiego Instytutu Literackiego. W administracji warszawskich Powązek trudno dowiedzieć się czegokolwiek na temat jego symbolicznego nagrobka. Na terenie ziemi dzierżoniowskiej o tym, że mieszkał tu oficer o nazwisku Hrynkiewicz pamiętają już tylko nieliczni. O tym, że oficer ten był adiutantem marszałka Piłsudskiego nie wiedział prawie nikt. Na liczącego sobie dzisiaj 87 lat bratanka pułkownika Hrynkiewicza udało się trafić w zasadzie przypadkiem. A może jednak przypadków nie ma?

nagrob
Symboliczny nagrobek A. Hrynkiewicza na warszawskich Powązkach

„Historię swoją piszcie sami, bo inaczej napiszą ją za was inni i źle” – zalecał Pierwszy Marszałek Polski. Mam nadzieję, że ten artykuł przynajmniej w niewielkim stopniu przyczyni się do wskrzeszenia pamięci o ostatnim adiutancie Józefa Piłsudskiego i że po latach pozwoli mu znaleźć miejsce również w lokalnej historii ziemi dzierżoniowskiej.

Foto: fotomontaż, wikimedia commons/zPrawa 

Fotografie: z archiwum domowego Państwa Grynkiewiczów

Fotografie współczesne: Jarosław Kresa

Poniższe przypisy autorstwa Marka Grynkiewicza:

* Ród pochodzi z kresów wschodnich, a konkretnie nad rzeką Dzwiną była osada Hrynkiewicze (okolice granicy Litwa-Białoruś) . Z tego co słyszałem od swojego ojca, po bitwie pod Grunwaldem w 1410 roku nasz pra-pra-pradziad ,otrzymał tytuł szlachecki (uwcześni Bojarowie za swe zasługi zostali przyjęci do herbów królestwa) – Herbu „Przegonia”, stąd pseudonim A. Hrynkiewicza z czasów okupacji.

** Po wkroczeniu Niemców w 1939 roku do Warszawy teren wzdłuż ulic: Al. Ujazdowskie – 6 Sierpnia (obecnie ul.Wyzwolenia) – Kolonowa – Flory został zmieniona na tzw. Dzielnicę policyjną. W centrum tego obszaru znajdowała się osławiona siedziba Gestapona w Al.Szucha pod numerem 25. Do gmachu Państwowego Zakładu Higieny przy ul. Chocimskiej 24, stamtąd było zaledwie kilkaset metrów.

*** Od pierwszych dni sierpnia 1944 roku, Niemcy (a konkretnie Wehrmacht oraz jednostki SS) na Mokotowie dopuszczali się masowych mordów, grabieży i gwałtów. Mordowano nie tylko rannych, wziętych do niewoli powstańców, lecz także ludność cywilną – rozstrzeliwano lub grzebano żywcem.

 

Wykorzystano:

Aleksander Hrynkiewicz, „Dziennik adiutanta marszałka Józefa Piłsudskiego”, w „Zeszyty Historyczne” nr 85, Paryż 1988

„1 Pułk Szwoleżerów”, tom 1 „Wielka księga Kawalerii Polskiej 1918-1939”, Warszawa 2012

„Adiutanci marszałka Józefa Piłsudskiego”, pod red. naukową Jana Tarczyńskiego i Andrzeja Czesława Żaka, Warszawa 2015

Lesław M. Bartelski, „Mokotów 1944”, Warszawa 1986

Wspomnienia – www.1944.pl

Rozmowy: Juliusz Grynkiewicz, Józef Kresa, Bolesław Markiewicz, Czesława Malusi.

Jarosław Kresa

zprawa.pl

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "Ostatni adiutant Marszałka Piłsudskiego… mieszkał w małej wiosce koło Niemczy!"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
TA
Gość

Super! Proszę o więcej 🙂

Sew
Gość

Świetny artykuł na poziomie

Marzena
Gość

Niesamowita historia! Przeczytałam z zapartym tchem. Wychowałam się w Chwalęcinie i niejednokrotnie słyszałam opowieści o Pułkowniku, który zarządzał majątkiem wsi. Nigdy jednak nie padło jego nazwisko i nikt nie miał pojęcia, że to taka zamienia postać. Wspaniale, że p. Kresa odszukał informację na temat Pana pułkownika i opisał jego losy. Szkoda tylko, że te informacje są tak mało rozpowszechnione, może warto pomyśleć, aby coś z tym zrobić. Myślę, że wielu mieszkańców Chwalęcina chętnie by przeczytało ten artykuł, (ja trafiłam na niego przypadkiem), jest fascynujący! Gratuluję autorowi, że dokonał takiego odkrycia, tylko szkoda że się tym nie chwali.